Z życia gracza #2
Ten post miał zostać napisany i opublikowany wczoraj, jednakże zaskoczony przez marcową śnieżycę spędziłem pół dnia na uprzątaniu podjazdu oraz podwórka z kilkunastocentymetrowej warstwy białego puchu. Kiedy moja robota dobiegła końca, udałem się do domu w celu przygotowania obiadu, bo głód dawał się we znaki niemiłosiernie. Przyznam bez bicia, kucharzem dobrym nie jestem... Kuchnię odwiedzam raczej w celu czyszczenia lodówki niżeli przygotowywania strawy. Niestety nadszedł dzień, kiedy postanowiłem, że spróbuję swoich sił w sztuce kulinariów. I cholera, to był najgłupszy pomysł, na jaki mogłem wpaść. Nie dość, że przypaliłem kotlety i nie dosoliłem ziemniaków, to jeszcze oparzyłem sobie dłoń gorącym olejem, który prysnął z patelni po tym, jak "położyłem" na niej kawałek mięsa... Resztę dnia spędziłem klnąc na cały dom z ręką w misce z lodowatą wodą. Na szczęście jedzenie było zjadliwe i dzień później nie odczuwam żadnych skutków ubocznych spożycia mojej potrawy, więc myślę, że jeszcze odrobinę ćwiczeń w kombinezonie ochronnym i będę w to całe gotowanie całkiem dobry.
Dzisiejszy post będzie trochę krótszy, bo w mojej konsoli od dłuższego czasu śmiga tylko jedna płytka. Tytuł na tyle dobry i wciągający, że w sumie to nie chcę, żeby moja przygoda z nim dobiegła końca. Nasz rodzimy Wiedźmin 3: Dziki Gon hulał w napędzie mojej konsoli niedługo po premierze jeszcze w 2015 roku, jednakże postanowiłem do niego wrócić. Wszystko to za sprawą jednego z DLC, którego nigdy jakoś nie ukończyłem. Mowa tutaj o rozszerzeniu zatytułowanym Krew i Wino.
Moim skromnym zdaniem powrót do "Wieśka" to jedna z lepszych rzeczy jakie mogłem zrobić. Przygoda z tytułem za drugim razem wydawała mi się jeszcze bardziej wciągająca, mimo tego, że znałem przecież już zakończenia głównego wątku fabularnego oraz jednego z dodatków. Przez to przy tym podejściu totalnie zmienił się mój styl rozgrywki. Grałem o wiele wolniej, nie śpieszyłem się, eksplorowałem każdy zakątek, zapoznawałem się z każdą znalezioną książką oraz czytałem większość wpisów pojawiających się w glosariuszu. Za pierwszym razem pominąłem całą masę smaczków, a nawet kilka ciekawych questów, ponieważ skupiłem się na głównym wątku fabularnym. I nie dziwota, bo scenariusz trzeciego Wiedźmina stoi na bardzo wysokim poziomie i nie raz chwyta za serce. Całkiem niedawno przeglądając internety natknąłem się na zdanie mówiące o tym, że Wiedźmin 3 za drugim razem smakuje jeszcze lepiej. Normalnie bym się z tym nie zgodził, no bo jak to tak? Czym mnie jeszcze może zaskoczyć produkt, który już ukończyłem? Zagrałem, sprawdziłem i muszę przyznać, że zdanie to jest absolutnie prawdziwe. Mam na temat tego zjawiska do powiedzenia całkiem sporo, więc poświęcę na niego inny post na blogu. Mam nadzieję, że nie będę kazał wam długo na niego czekać.
Napędzany wiedźminską fazą postanowiłem sprawdzić darmową grę karcianą Gwint, inspirowaną pewną minigrą ze świata Wiedźmina 3. Przyznam bez bicia, że w w ten gatunek gier jestem raczej słaby i częściej to właśnie mi kopią w karty dupę. Nie inaczej było w przypadku karcianki CDPROJEKTU. Mimo to produkt wciągnął mnie na tyle, że ciągle mam ochotę grać dalej i uczyć się nowych taktyk oraz zagrań. Kart tutaj jest cała masa, dodatkowo gra różni się trochę od oryginału, więc powiew świeżości miło smagał moją uśmiechniętą, acz szkaradną twarz, niczym skelligijska bryza. Oprawa audio stoi na wysokim poziomie i jest przyjemna dla ucha, a system i zasady karcianki są zarówno interesujące, oryginalne i niezbyt skomplikowane. Nie doświadczyłem tutaj póki co żadnego pay to win. Liczy się skill, czasem (tak jak w moim przypadku) po prostu szczęście. Polecam zarówno tym, którzy lubią całymi dniami gapić się na wirtualne karty, jak i graczom, którzy tak jak ja nie mają z tym gatunkiem wiele wspólnego.
Dzisiejszy post będzie trochę krótszy, bo w mojej konsoli od dłuższego czasu śmiga tylko jedna płytka. Tytuł na tyle dobry i wciągający, że w sumie to nie chcę, żeby moja przygoda z nim dobiegła końca. Nasz rodzimy Wiedźmin 3: Dziki Gon hulał w napędzie mojej konsoli niedługo po premierze jeszcze w 2015 roku, jednakże postanowiłem do niego wrócić. Wszystko to za sprawą jednego z DLC, którego nigdy jakoś nie ukończyłem. Mowa tutaj o rozszerzeniu zatytułowanym Krew i Wino.
Moim skromnym zdaniem powrót do "Wieśka" to jedna z lepszych rzeczy jakie mogłem zrobić. Przygoda z tytułem za drugim razem wydawała mi się jeszcze bardziej wciągająca, mimo tego, że znałem przecież już zakończenia głównego wątku fabularnego oraz jednego z dodatków. Przez to przy tym podejściu totalnie zmienił się mój styl rozgrywki. Grałem o wiele wolniej, nie śpieszyłem się, eksplorowałem każdy zakątek, zapoznawałem się z każdą znalezioną książką oraz czytałem większość wpisów pojawiających się w glosariuszu. Za pierwszym razem pominąłem całą masę smaczków, a nawet kilka ciekawych questów, ponieważ skupiłem się na głównym wątku fabularnym. I nie dziwota, bo scenariusz trzeciego Wiedźmina stoi na bardzo wysokim poziomie i nie raz chwyta za serce. Całkiem niedawno przeglądając internety natknąłem się na zdanie mówiące o tym, że Wiedźmin 3 za drugim razem smakuje jeszcze lepiej. Normalnie bym się z tym nie zgodził, no bo jak to tak? Czym mnie jeszcze może zaskoczyć produkt, który już ukończyłem? Zagrałem, sprawdziłem i muszę przyznać, że zdanie to jest absolutnie prawdziwe. Mam na temat tego zjawiska do powiedzenia całkiem sporo, więc poświęcę na niego inny post na blogu. Mam nadzieję, że nie będę kazał wam długo na niego czekać.
Napędzany wiedźminską fazą postanowiłem sprawdzić darmową grę karcianą Gwint, inspirowaną pewną minigrą ze świata Wiedźmina 3. Przyznam bez bicia, że w w ten gatunek gier jestem raczej słaby i częściej to właśnie mi kopią w karty dupę. Nie inaczej było w przypadku karcianki CDPROJEKTU. Mimo to produkt wciągnął mnie na tyle, że ciągle mam ochotę grać dalej i uczyć się nowych taktyk oraz zagrań. Kart tutaj jest cała masa, dodatkowo gra różni się trochę od oryginału, więc powiew świeżości miło smagał moją uśmiechniętą, acz szkaradną twarz, niczym skelligijska bryza. Oprawa audio stoi na wysokim poziomie i jest przyjemna dla ucha, a system i zasady karcianki są zarówno interesujące, oryginalne i niezbyt skomplikowane. Nie doświadczyłem tutaj póki co żadnego pay to win. Liczy się skill, czasem (tak jak w moim przypadku) po prostu szczęście. Polecam zarówno tym, którzy lubią całymi dniami gapić się na wirtualne karty, jak i graczom, którzy tak jak ja nie mają z tym gatunkiem wiele wspólnego.

Komentarze
Prześlij komentarz