Z życia gracza #1




Cześć wszystkim. Pamiętacie mój post o jakże oryginalnej nazwie "Co robię jak nic nie robię?"? Postanowiłem, że pociągnę tę tradycję i co tydzień ponarzekam trochę na życie oraz podzielę się z Wami wrażeniami z gier, które obecnie hulają w napędzie mojej konsoli i komputera. Wszystkie wpisy o tej tematyce od dzisiaj będą nosiły nazwę "Z życia gracza". Zobaczymy, jak długo będzie chciało mi się to ciągnąć. Na pewno znajdzie się ktoś wśród Was, kto zapyta: "Co tam u Ciebie mój ulubiony blogerze?". Odpowiedź znajdziecie poniżej.

(Tekst ma charakter archiwalny. Został napisany jakiś czas temu. Wstawiam go dopiero teraz, gdyż wcześniej moje oczy w kontakcie z niebieskim światłem monitora obficie łzawiły, co skutecznie uniemożliwiało mi pracę na komputerze.)


Do tej pory nie wiem, czy mam tak słabą odporność, czy może tak ogromnego pecha... Całkiem niedawno wstałem z łóżka po chorobie, a teraz znowu muszę do niego wracać. Lekarz zdiagnozował anginę, a ja posłusznie udałem się na kolejne wakacje od szkoły. Ze łzami w oczach pożegnałem pieniądze, które poszły na leki i z jeszcze większym żalem przywitałem wieść o zaległościach w edukacji. Z prognozy mojego lekarza wynika, że poleżę tu jeszcze z dwa, góra trzy dni. Pomyślałem, że to dobry moment, żeby nadrobić zaległości w tytułach, które od dłuższego czasu kurzą się na mojej półce. W końcu udało mi się doprowadzić fabułę w Metal Gear Solid V: The Phantom Pain do końca. Z przykrością muszę stwierdzić jednak, że gra po akcie pierwszym staje się o wiele mniej ciekawa i bardzo powtarzalna. Wszystko przez ograniczony budżet. Moim zdaniem mogli odpowiednio skrócić rozgrywkę, a nie wciskać na siłę dodatkowe misje, które są dokładnie tymi samymi misjami, jakie miałem okazję odgrywać w pierwszym akcie. Jedyną różnicą jest to, że tym razem każda ma jakiś warunek np. Total Stealth albo Extreme. Pierwszy z nich jak sama nazwa mówi wymaga od gracza przejścia misji niewykrytym, a warunek drugi to po prostu zwiększony poziom trudności. Z tego co pamiętam był jeszcze jeden, który wymagał od osoby grającej zdobycia całego ekwipunku na obszarze misji. Zwykłe wypychacze oraz zjadacze czasu, które potrafią być naprawdę irytujące i zostały dodane na siłę. Gra mogła obejść się bez tego. Mimo to udało się umieścić w drugim akcie kilka misji, które były już bardziej oryginalne i ekscytujące. Podobno MGSV:TPP miał posiadać jeszcze akt trzeci, ale został on wycięty. I to widać, bo kilka wątków nie zostaje dokończonych w ogóle. Mimo kilku wad z najnowszym Metal Gear Solid bawiłem się świetnie. Z całą pewnością jest to gra, której nie zapomnę, i która zapisała się na amen w moim gamingowym serduszku. Świetna mechanika,  oryginalny świat i parę naprawdę chwytających za serce momentów- oto cały Metal Gear Solid V:The Phantom Pain. Bardzo ambitny projekt, który niestety spotkał się z niewystarczającym budżetem. Szkoda. Nie dziwię się, że Hideo Kojima w tak ostrych słowach wypowiada się o Konami... Tym bardziej po tym co zobaczyłem 18 lutego...

(Tekst pisany 18 lutego. Ostatni dzień beta testów MGS:Survive na Steam.)

Metal Gear Survive moi drodzy. Miałem okazję zagrać dzisiaj w otwartą betę tejże gry. Mieszane oceny użytkowników Steam są adekwatne do moich odczuć związanych z tym produktem. Program bazuje na dokładnie tym samym silniku co The Phantom Pain . Nawet mapa, na której miałem okazję zagrać, to po prostu zmodyfikowany Afganistan z "Fantomowego Bólu". Spytacie, na czym polega gra? Zasady są proste. W czteroosobowym zespole zostajemy teleportowani na niedużą mapę. Nasza drużyna ma 5 minut na zebranie potrzebnych do craftingu komponentów walających się dookoła. Następnie wykorzystujemy magię recyklingu i przerabiamy zebrane wcześniej śmieci na przedmioty, które posłużą nam do fortyfikacji naszej bazy. Będą to płoty, wieżyczki, pułapki i tego typu duperele. No ale po co to wszystko? Na środku mapy znajduje się platforma wiertnicza, którą mamy za zadanie chronić. Po upływie wspomnianych wyżej pięciu minut na mapie pojawiają się...Zombie z kryształami zamiast głowy. Będą one nacierały na naszą bazę, a my nie możemy dopuścić, żeby platforma wiertnicza została zniszczona. Do naszej dyspozycji, oprócz pułapek, będziemy mieli także bronie, które musimy najpierw stworzyć, a później także naprawiać. "Survive" w nazwie zobowiązuje, więc nasza postać ma określoną staminę, poziom głodu, pragnienia itd. Musimy dbać o dobry stan zarówno naszej postaci, jak i ekwipunku. Dodatkowo musimy bronić określonego punktu na mapie, a od czasu do czasu pojawią nam się także mini questy poboczne, które będziemy mieli okazję wykonać między nacierającymi falami przeciwników. W nagrodę za ich wykonanie dostaniemy zasoby lub broń. Brzmi zawile? Też mi się tak wydawało, ale okazuje się, że dla czteroosobowej drużyny to wszystko jest do ogarnięcia. I idzie się przy tym całkiem dobrze bawić... Mimo wszystko to ciągle chamsko odgrzany kotlet z The Phantom Pain. Produkt równie dobrze mógłby być żartobliwym DLC do Metal Gear'a z piątką w tytule. Dlaczego żartobliwym? Bo to, co gra sobą reprezentuje mało  ma wspólnego z serią i wydaje mi się, że tytuł jest taki a nie inny tylko dlatego, żeby Konami wpadło wiecej hajsiku. Za grę wydawcy życzą sobie 180 zł co jest zwykłym żartem. Tak właśnie prezentuje się Metal Gear Survive. Niby idzie się dobrze bawić, tym bardziej ze zgraną ekipą, ale produkt jest strasznym skokiem na kasę oraz wypięciem się na fanów serii. Pojawi się jeszcze, z tego co wiem, tryb singleplayer. Zobaczymy jak to się sprawdzi, ale cudów nie oczekuję.

(W momencie kiedy wstawiam ten tekst gra została wydana na rynek jako pełnoprawny produkt, który, tak jak się spodziewałem, nie dorównuje TPP do pięt i ma szansę co najwyżej na miano średniaka. A no i jeszcze jedno. Szanowne Konami postanowiło jeszcze bardziej wyczyścić portfele graczy i za dodatkowego sejwa na postać w Metal Gear Survive musimy zapłacić 10 dolarów. Niestety to nie żart...)


Miłą niespodzianką tygodnia okazał się Splinter Cell: Blacklist. Gra ma swoje lata, bo wyszła w 2013 roku. Szkoda, że sięgnąłem po nią dopiero w tym roku, bo zabawa przy niej była na prawdę przednia. Jest to bardzo dobra, klimatyczna skradanka, którą przechodziłem jednym tchem. Do sięgnięcia po właśnie tę produkcję natchnął mnie mój wcześniejszy post o skradankach. Po jego napisaniu postanowiłem, że ukończę wszystkie gry z tego gatunku, które kurzą się na mojej półce. Na pierwszy ogień poszła "Czarna Lista". Silną stroną gry jest różnorodność odwiedzanych lokacji (przyjdzie nam wykonywać misje w różnych miejscach na świecie), ciekawa fabuła, oraz dość wymagający gameplay na najwyższym poziomie trudności. Tryb "Perfekcjonista" nie pozwala graczowi na użycie kilku ułatwiających mechanik dostępnych na niższym poziomie trudności oraz znacząco poprawia percepcję przeciwników. W zamian za ukończenie misji jako "Perfekcjonista" jesteśmy obdarzani ogromnymi bonusami punktów i pieniędzy. No i oczywiście masą satysfakcji. Dodatkowo grę da się przejść bez zabijania kogokolwiek, co bardzo lubię w produktach tego typu.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Z życia gracza #2

Z życia gracza #6

Z życia gracza #3