Z życia gracza #3

Witam bardzo serdecznie wszystkich znudzonych podróżników internetu. W tym poście ujrzycie kontynuacje serii, której historia sięga początków tego bloga. Dożyliśmy momentu, kiedy pojawia się trzeci post należący do rodziny tych zatytułowanych "Z życia gracza", co oznacza, że po raz kolejny udało mi się ruszyć swoje tłuste cztery litery przed ekran monitora, aby podzielić się z wami swoimi growymi doświadczeniami z ostatnich dni. Tak wiem, że jest to praca porównywalna do roboty w kamieniołomie, aczkolwiek stwierdziłem, że dla Was warto.
Ostatnimi czasy gram jedynie późnymi wieczorami. Wynika to z faktu, iż co jakiś czas muszę odwiedzić swoje miejsce pracy i poddać się czynnościom równie ciekawym co żmudne farmienie znikomej ilości expa na niskolewelowych przeciwnikach w MMO ( Tak, to nowy level geekowych porównań. Najwidoczniej granica pomiędzy żywotem normalnego człowieka a byciem totalnym nolifem coraz bardziej się u mnie zaciera).
Ale przejdźmy w końcu do sedna. Ostatnio bardzo rzadko zdarza mi się grać solo. Dlaczego? Bo cholernie mocno wkręciłem się w kooperacyjne granie w Dying Light. Grę przeszedłem co prawda już kilka razy, aczkolwiek moim partnerem do wspólnego bicia zombie w tym przypadku jest sympatyczny jegomość o nicku ShadowBwa, którego serdecznie pozdrawiam. Dodatkowo, żeby nie było za łatwo i za nudno postanowiliśmy postawić przed sobą pewne wyzwanie. Gramy tylko i wyłącznie nocą (kiedy to na mapie pojawiają się specjalne rodzaje przeciwników) oraz z włączonym trybem 'Koszmar', czyli najtrudniejszym dostępnym poziomem trudności w grze. Takie podejście do produktu mocno odświeża grę rodzimego studia Techland. Gracz jest o wiele bardziej ostrożny, świat brutalniejszy, a skradanie się między przerażającymi wrogami zdolnymi posłać nieostrożnego człowieka na tamten świat w kilka sekund daje sporą dawkę adrenaliny. Skutkiem ubocznym gry kooperacyjnej jest oczywiście masa dobrej zabawy, pamiętliwych rozmów oraz momentów i jest to na tyle ciekawe, że stwierdziłem, że poświęcę na to oddzielny post.
Niedawno udało nam się skończyć podstawkę "Gasnącego Światła" i obecnie ogrywamy dodatek "The Following", który wprowadza masę nowych rozwiązań do rozgrywki. Jednym z nich jest pojazd buggy, którym można poruszać się po specjalnie do tego przygotowanej, rozległej mapie. Oczywiście nie mogło zabraknąć nowego drzewka umiejętności dedykowanego specjalnie dla postapokaliptycznych kierowców oraz możliwości personalizacji i ulepszania wspomnianego pojazdu. Dodatku w przeciwieństwie do podstawki nigdy nie ukończyłem, więc jest to w moim przypadku w miarę świeże podejście do nowej zawartości. Mimo tego już mogę stwierdzić, że przygody przeżywane na wsiach otaczających Harran dostarczają jeszcze więcej rozrywki niż doświadczenia Kyle'a Crane'a z miejskiej dżungli. Wszystko dzięki różnorodności rozgrywki. Raz przyjdzie nam ścigać się po wiejskich drogach za kierownicą naszego samochodu, innym razem przeżywamy akcję rodem z call of duty, kiedy to za pomocą broni palnej odbijamy posterunek bandytów (tylko ten model strzelania trochę toporny...). Do tego dodajcie jeszcze walki z hordami zombie, zwiedzanie na prawdę ciekawych i urokliwych lokacji oraz oczywiście parkour, którego w Dying Light nie może zabraknąć. Fabuła dodatku także prezentuje się dość intrygująco - mianowicie okazuje się, że mieszkańcy okolicznych wiosek pozostają odporni na wirusa i twierdzą, że to wcale nie zasługa Actimela, a modłów do niejakiej Matki. Crane oczywiście nie wierzy w żadne paranormalne zjawiska i postanawia poznać tajemnicę niezwykłej odporności na zombiefikację. Brzmi nieźle, aczkolwiek nie możemy się tutaj spodziewać poziomu fabuły rodem z Wiedźmina 3. To cholerna gra o biciu zombie i skakaniu po dachach i myślę, że mimo intrygującego wstępu fabuła dodatku będzie równie średnia jak podstawki. Czas pokaże...
Komentarze
Prześlij komentarz